banner_03.png
banner_01.jpg

WWOOF - agrowolontariat

WWOOF - wolontariat na którego punkcie zwariowałam! Zwariujmy razem! ;)


Wraz z podróżami pokochałam duch współpracy. Pewnie znacie pomysł z ogródkami społecznymi (na wygospodarowanej przestrzeni każdy może posiać/zasadzić i regularnie pracować w ogrodzie warzywno-ziołowym, każdy też może wziąć z tego ogródka co chce – opiera się to na wzajemnej współpracy, nie na regulaminach; jak to zobaczyłam własnymi oczami, nie mogłam uwierzyć, że ludzie nie zjadają i wyrywają całego jedzenia; nie! To naprawdę fajnie działa), partyzantkę ogrodową (sadzenie kwiatów, warzyw i ziół w miastach w przestrzeni wspólnej), wymianę umiejętności (skill trade) i inne takie dziwactwa, które w czasie moich podróży przestały być dla mnie dziwactwami, a raczej marzeniem, by stały się normą. Z Adamem silnie obserwujemy, jak bardzo ludzie nastawiają się w wielu krajach na współpracę i dawanie od siebie wszystkiego co najlepsze innym, niekoniecznie znajomym czy rodzinie, ale też zupełnie obcym – w końcu żyjemy na jednej planecie, w globalnej wiosce, współpraca, zaufanie i przyjaźń to cudowne idee. TAK, JESTEM MARZYCIELKĄ ;)


W Nowej Zelandii spotkaliśmy się z WWOOFingiem, który zresztą jest chyba nowozelandzkim wymysłem. Kiwi spirit to dla mnie coś cudownego i WWOOF jest kwintesencją nowozelandzkości. Dobra, to co to jest ten WWOOF?


WWOOF to skrót od „willing workers on organic farms”: wolontariusze (albo też: zaangażowani pomocnicy) w bio-gospodarstwach. Ale chyba lepsze rozwinięcie to „world wide opportunities on organic farms”: światowe szerokie możliwości dzięki farmom organicznym. Zanim zobaczyłam, „z czym to się je”, moje wyobrażenie wwoofingu to budowanie lepianki wraz z grupą wegan na diecie gluten free, koniecznie w dredach i prowadzących długie rozmowy o duchowości, uduchowieniu i dusznościach wynikających z nadmiernego spożycia laktozy i pszenicy. Oczywiście i taką grupę można znaleźć, ale w wwofingu w ogóle nie chodzi o kiszenie się w bio-wege-ultra-spiritual towarzystwie. Chodzi o wymianę w najbardziej pierwotnym wymiarze; czyli wymianę bez pieniędzy.


Co wymieniamy? Jako willing worker pracujesz u gospodarza przez 4-6 godzin dziennie. W zamian otrzymujesz posiłki i nocleg. To najmniej istotny zysk gospodarza i pracownika. Zysk jest zupełnie gdzie indziej: mieszkacie razem, poznajecie innych ludzi, spędzacie razem czas. Za granicą: szlifujecie język, poznajecie inną kulturę, macie bazę wypadową do zwiedzania. Uczycie się wzajemnie różnych rzeczy. Idea była prosta: przybliżyć mieszczuchom ziemię i pracę organiczną (nie przy kompie...) oraz podzielić się wiedzą i umiejętnościami.


Kiedy mówię o tym znajomym (raczej tym dalszym...) to słyszę komentarze, od których chce mi się płakać: że to głupi pomysł, bo gospodarz wystawia się na kradzież. Że to wykorzystywanie ludzi. Że finansowe godzinowe przełożenie pracy na jedzenie i nocleg jest na niekorzyść „pracownika” (choć to kiepskie słowo – nie jesteś „willing employee”, jesteś „willing worker” i to mającym „wide opportunities”! To olbrzymia różnica!). Że... argumenty przeciw padają różne, a ja nawet ich nie pamiętam, bo po prostu czuję smutek i bezsilność. Z drugiej strony może dobrze, że maruderzy, malkontenci i negatywne duchy pragnące za wszelką cenę pozostać w szarej biednej rzeczywistości (i do tego depro sprowadzić innych) nie garną się do wolontariatów. Wiadomo, wolontariat nie jest dla każdego; ale to nie jest powód, by wręcz poniżać innych za to, że chcą się rozwijać w ten właśnie sposób... Uf, przepraszam! Miewałam przykre doświadczenia.


To co cudowne było w Kiwilandzie to właśnie ten kiwi spirit. Wwoofing był tam absolutną oczywistością! Masz za dużo pracy w ogrodzie? Jeśli tylko nie nadużywasz Roundupa, to zaproś ludzi nawet z całego świata: pomogą ci z ogródkiem, poprowadzicie ciekawe rozmowy przy wspólnym posiłku (poznasz też od razu kuchnię innych narodowości), pochwalisz się okolicą, zaprosisz znajomych na wspólne ognisko, będzie super :)


Jak to działa: guglujesz „wwoof”, wchodzisz na odpowiednią stronę danego kraju (polska strona nie działa...), rejestrujesz się. Więcej niż pewne, że trzeba będzie uiścić opłatę za możliwość kontaktowania się z gospodarzami i wwoofami. Nie denerwuj się na tę opłatę – serwery same się nie utrzymają. My płaciliśmy za francuską bazę gospodarzy chyba 100 zł i daje nam to dostęp przez okrągły rok. I bez opłaty możesz przeglądać ogłoszenia, po prostu nie będziesz mogła/mógł się skontaktować. Potem rozsyłasz maile i czekasz na odpowiedź. Jeśli i Hostowi i Wwoofowi pasuje termin to... ahoj przygodo!


Wwoofing jest też prostą metodą na obniżanie kosztów podróży. Jeśli masz 2 tysiące do wydania na wakacje we Francji na dwie osoby, to możesz pojechać na 7 dni (przelot, bagaż, jedzenie, pokój...) albo na 30 za te same pieniądze i dodatkowo mając 1000% więcej doświadczeń! Nasz miesiąc we Francji kosztował nas: 1100 zł przeloty z bagażem (da się taniej, ale musieliśmy szybko wracać i mieliśmy za dużo rzeczy – następnym razem może uda nam się spakować w podręczny? Teoretycznie da się zamknąć w 500-600 zł w dwie strony na dwie osoby) oraz 900 zł na jedzenie (doskonałe typu: regionalne sery, wina, cydry, soki wyciskane po sąsiedzku i inne luksusy) i drobiazgi (bilety komunikacji miejskiej, gaz do kuchenki turystycznej, pamiątki).


Jeszcze rok temu podchodziłam do takiego spędzania wakacji z dużym dystansem. Przyzwyczaiłam się do spędzania każdego dnia w innym miejscu, totalnego relaksu typu cały dzień byczenia się nad jeziorem, swobodnego przemieszczania się na dziesiątkach kilometrów. To co, teraz mam „zmarnować” urlop zasuwając u obcej osoby i siedząc na tyłku w jednym miejscu? To kwestia priorytetów: dla mnie teraz wakacje to poznawanie ludzi, miejsc i zdobywanie wiedzy i umiejętności. A co kilka dni oczywiście byczenie się lub wyjazd gdzieś dalej :)


WWOOF A KONIE!


Oczywiście wwoofing nie omija stajni! Jakie stajnie są „organiczne” zgodnie z nazwą wwoofingu? Nie trzeba mieć żadnego certyfikatu, to właściciel stajni się deklaruje, że jest „organiczny”. W praktyce oznacza to szacunek do zwierząt, nie wykorzystywanie ich ponad miarę, osobisty stosunek do nich (bez wielkiej rotacji), utrzymanie na pastwiskach i tak dalej. Po prostu etycznie... normalnie.


Zerknijmy sobie na stajnie wwoofowe :) Kilka przykładów dla pobudzenia wyobraźni :)


Francja południowo-zachodnia: lawenda + osły. Opieka i szkolenie młodych osłów, dojenie, wytwarzanie mydła z mleka oślego, prace przy lawendzie, pozyskiwaniu olejków eterycznych i budowaniu ośrodka ekoturystycznego.


Nowa Zelandia, wyspa północna: stajnia oferująca m.in. przejażdżki turystyczne i rajdy całodniowe, w zamian za pomoc przy koniach i organizacji życia stajennego, wspólne zwiedzanie regionu, także z grzbietu! Oprócz koni na terenie są też owce i pszczoły – jeśli chcesz, możesz pouczyć się opieki nad nimi.


Czechy: społeczność, którego członkami są przeróżni ludzie o wielorakich doświadczeniach i poglądach zaprasza do pracy w ich wspólnej wiosce. Wszystko kręci się wokół samowystarczaności: nauczysz się nie tylko samodzielnie prowadzić ogród użytkowy i opiekować się zwierzętami, ale także wykonywać wszelkie możliwe prace domowo-budowlane. W pracach rolnych i leśnych pomagają konie prowadzone metodami naturalnymi.


Niemcy: ponad dwadzieścia koni i pszczoły. Jaki typ pracy – można się domyślić :) Biorą udział w różnych lokalnych projektach ochrony przyrody. Gospodarstwo organiczne, samowystarczalne.


Tyle o WWOOF! Fajne, prawda? Dużo osób byłoby w PL chętnych i do bycia gospodarzem i do bycia wwoofem. Ludzie jednak częściej są otwarci i ufni. Wiedzą jakie to fajne i praktykują wwoofing, choć nazywają to zazwyczaj „chodź, wpadnij, pomożesz mi w kilku rzeczach, skoczymy potem nad jezioro i zrobimy ognisko” ;) Tylko fajne w WWOOF jest to, że jest to międzynarodowe i dość dobrze zorganizowane. Taki coachsurfing, tylko z odrobiną wspólnej pracy związanej z rolnictwem :)

napisz komentarz:
Chat-box wyłączony
na czas nieokreślony.
Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)