banner_03.png
banner_01.jpg

Wywiad

KOŃ - zwierzę RZEŹNE czy TOWARZYSZĄCE?
W Europie hoduje się 6 milionów koni, co daje ludziom 400 tysięcy miejsc pracy. W Polsce na jednego jeźdźca (200 tysięcy) przypada 1,5 konia (350 tysięcy zwierząt). Co roku około 40 tysięcy koni z Polski jest transportowanych do krajów, w których popyt na koninę jest ogromny. To półtora tysiąca ciężarówek. Kraje importu to głównie Włochy (50%) i Francja (24%). Jesteśmy niechlubnym numerem jeden w eksporcie koni mięsnych.

Z koordynatorką kwietniowego przemarszu pod sejm, wielką miłośniczką zwierząt i obrończynią ich praw, działaczką fundacji Viva! - MONIKĄ BUKOWSKĄ, rozmawia Gabriela Jóźwiak.

Gabriela Jóźwiak: Na koniach jeździmy, spędzamy z nimi czas,  dbamy o nie i kochamy je całym sercem. Dlaczego więc legalne jest ich masowe zabijanie na mięso?
Monika Bukowska: W polskim prawie jest zapis wymieniający zwierzęta rzeźne. Jest to bydło, drób, trzoda chlewna, kozy, owce czy koniowate. W świetle prawa nie ma znaczenia, że zwierzęta są mądre i wrażliwe. Skoro figurują w spisie zwierząt rzeźnych, to można je masowo zabijać w rzeźniach. W europejskim prawie pojawia się za to określenie „zwierzę towarzyszące”. Takie zwierzęta to między innymi psy i koty. Psów ani kotów nie jadamy, przeciwnie – leczymy je, dbamy o nie, dobrze karmimy, chronimy przed trudnymi warunkami atmosferycznymi. Gdy jest to niezbędne, takie zwierzę może uśpić tylko lekarz. Walczymy o to,  aby koń też miał prawa zwierzęcia towarzyszącego. Jest duża szansa, że to się uda, ponieważ wiele ludzi ma do koni bardzo osobisty stosunek. Uprawiają z nimi sport, jeżdżą na wycieczki lub po prostu lubią na nie patrzeć i przebywać w ich bliskości.


GJ: W tej chwili w Polsce kwitnie hodowla koni mięsnych, a najsłabszym punktem przetwórstwa mięsa końskiego jest właśnie ich transport na rzeź. Uważasz, że transporty długodystansowe powinny być zakazane?
MB: Wszystkie zwierzęta, nie tylko konie, mają podstawowe Pięć Wolności. Te wolności są zawarte w Kodeksie Dobrostanu Zwierząt. Wszystkie zwierzęta mają prawo do wolności od głodu i pragnienia, wolność do naturalnego poruszania się, wolność od strachu i maltretowania, od bólu, ran i chorób oraz od dyskomfortu. Podczas transportu wszystkie te prawa są brutalnie łamane!


GJ: Prawo Unii Europejskiej miało przecież zagwarantować zwierzętom lepsze życie, wolność od bólu. Wiem, że np. pojawiły się przepisy regulujące zatłoczenie w ciężarówkach transportujących zwierzęta. Trzeba też robić postoje, zwierzęta mają mieć dostęp do paszy…
MB: Jest taka zagraniczna fundacja, Animals Angels. Działacze tej organizacji prowadzili śledztwa empiryczne. Jeździli z transportami zwierząt rzeźnych, od miejsca startu aż do  rzeźni, badając przy tym wpływ transportu na stan psychofizyczny zwierząt. Wszystkie badania udowodniły, że po ósmej godzinie podróży zwierzęta cierpią ponad miarę: są zestresowane, obolałe, często przyduszane, mdleją. Okazało się, że prawa gwarantujące zwierzętom komfort podczas podróży są prawami „martwymi”. Są nagminnie łamane.

GJ: I stąd pomysł przeprowadzenia akcji Osiem Godzin?
MB: Inicjatorami tej akcji byli właśnie Animals Angels.  To była największa tego typu akcja w całej Europie. Jej celem było zakazanie transportu zwierząt rzeźnych dłużej niż przez osiem godzin, czyli zakazanie transportów długodystansowych. Transporty koni trwają często 30, a nawet 80 godzin! Czy akcja się udała? Prawo nie zostało jeszcze ustanowione, ale wszystko jest na dobrej drodze! Milion dziewięćdziesiąt sześć tysięcy obywateli Europy zadeklarowało niechęć do długich transportów zwierząt. Tak więc ludzie super zareagowali na tę akcję! Z 754 europosłów, projekt ustawy podpisało 375. Tak więc zakazanie długich transportów nie jest już tylko marzeniem. Jesteśmy całkiem blisko!

GJ: Czym ta ustawa różni się od dotychczasowych?
MB: Będzie sprecyzowana. W dotychczasowych aktach prawnych zgodzono się, że zwierzęta cierpią, czują, że powinny krótko podróżować. Nie zostało to jednak jasno określone. Te luki, niedopowiedzenia są codziennie wykorzystywane na niekorzyść zwierząt. Oczywiście zakazanie transportu długodystansowego nie wykluczy całkiem przewożenia zwierząt na długich dystansach. Prawo zostanie tak sprecyzowane, że hodowcy zwierząt rasowych czy właściciele koni sportowych wciąż będą mogli transportować zwierzęta na duże odległości. Przestanie to być jednak opłacalne w stosunku do zwierząt rzeźnych.
Co to oznacza dla koni? Przede wszystkim to, że konie z Polski nie będą mogły być transportowane do Włoch i tam zabijane. Włosi czy inni odbiorcy żywych koni nie będą już mogli kupować koni, tylko koninę. Póki konie nie uzyskają statusu zwierzęcia towarzyszącego, co w ogóle wyeliminuje ich zabijanie, będa zabijane w Polsce. Przynajmniej oszczędzi im się długiej, bolesnej drogi. 

GJ: Ci, którzy tworzą mięsny biznes, są przeciwnikami respektowania praw zwierząt. Codziennie się spotykam z głosami, że konie mają być użyteczne, służyć człowiekowi. Po co mają być nadzwyczajnie traktowane, jeśli i tak za parę miesięcy zginą…
MB: Na zwierzętach zarabia się lepiej niż na czymkolwiek innym. Zwierzęta nie upominają się o swoje prawa, a nawet o nich nie wiedzą. Z kolei ludzie nie zdają sobie sprawy, jak wiele zawdzięczamy zwierzętom. To, że siedzimy w tej kawiarni, że mamy zapalone światło, że chodzimy po tej podłodze, to w różnym stopniu zasługa także zwierząt. Badania na zwierzętach nie są przeprowadzane tylko przez koncerny farmaceutyczne. Takie badania dotyczą wszelkich chemikaliów, kosmetyków, żywności, przeprowadzane są na uczelniach w imię szkolenia studentów, w ośrodkach badawczych. Nawet zaprawa murarska, której użyto do położenia tej posadzki, była testowana na zwierzętach.
Gdy popatrzymy na świat zwierząt z takiego punktu widzenia, zobaczymy, że nasz przemysł czy historia są zbudowane w dużej mierze na wykorzystywaniu dobra zwierząt. Respektowanie tych podstawowych Pięciu Wolności nie jest żadną łaską ze strony ludzi. Ludzie czerpią z nich wielkie korzyści: jedzą zwierzęta, żyją z ich pracy, dzięki nim nosimy ubrania, używamy kosmetyków, leczymy się. Sprawienie, by ich droga do rzeźni nie była męczarnią, to nie jest żadne wyrzeczenie. To minimum humanitaryzmu.

GJ: Tak wiele osób żyje z hodowli koni, które mają iść na rzeź. Jeśli zakażemy rzeźni koni, czy nie skażemy tysięcy ludzi na bezrobocie?
MB: Byłam ostatnio na targu w Skaryszewie. To znany na całą Europę olbrzymi targ koni. Protestowałam przeciwko wywożeniu koni na rzeź. Hodowcy krzyczeli, że chcemy im odebrać chleb. Że oni z tego żyją. Ale przecież żyją z hodowli koni nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że chcą! Pracują w sektorze rolniczym, więc mogą się przekwalifikować. Tak narzekają na te konie, że tyle przy nich roboty, że taka niewdzięczna praca, zarobek niski, kłopoty z transportami, trudności z „zielonymi”. A przecież nie muszą  mieć tych wszystkich problemów. Są działy rolnictwa, na których produkty zapotrzebowanie w Polsce wciąż rośnie. Żywność wegetariańska czy ekologiczna jest w tej chwili bardzo droga, ale się mimo to sprzedaje. Gdyby w tej chwili rolnicy się przekwalifikowali, mieliby duże zyski z powodu wysokich cen. A z czasem, gdyby pojawiło się coraz więcej upraw „organicznych”, ilość produktów by się zwiększyła, ceny by spadły i więcej osób mogłoby sobie pozwolić na taką żywność. Ileż jest produktów, które importujemy z innych krajów! Zamiast eksportować konie i importować np. soję, możemy zająć się jej produkcją.

GJ: W tej chwili jest dużo szumu wokół łamania praw zwierząt, a dość mało z tego wynika.
MB: Najpierw naświetlamy problem. Potem robi się właśnie ten „szum”. O problemach głośno jest w mediach, obie strony, miłośników zwierząt i hodowców zwierząt rzeźnych, wymieniają się argumentami. Dobrze, jeśli na pewnym etapie pojawia się dialog między obiema stronami. Zaczyna się szukać kompromisów i satysfakcjonujących rozwiązań. „My wam uniemożliwiliśmy hodowlę koni na mięso, ale zobaczcie – możecie uprawiać tę roślinę, tę i jeszcze taką i mieć z tego całkiem solidne zyski, zapełnijcie tę niszę”. Ten etap jest jeszcze przed nami, ale warto myśleć o szkoleniach, wykładach i promowaniu tych alternatywnych rozwiązań.

GJ: Wyobraźmy sobie, że ustawa zakazująca transportu długodystansowego zwierząt weszła w życie. Do tego koń nie jest już zwierzęciem rzeźnym, a towarzyszącym. Co się w takiej sytuacji stanie z tysiącami koni zimnokrwistych, które nie mają dużej przydatności wierzchowej?
MB: To często podnoszona kwestia, ale tak naprawdę problem jest sztuczny. Wiadomo, że takie ustawy nie wchodzą z dnia na dzień, wszystko dzieje się stopniowo. Konie będą wyjeżdżać do rzeźni jeszcze przez długi czas czy nam się to podoba, czy nie. Jednak im bardziej realne będzie się stawać zakazanie transportu i rzezi koni, tym ostrożniej hodowcy będą mnożyć zwierzęta. Nie zaryzykują, że nagle zostaną z setką rzeźnych zwierząt, których nie mają jak sprzedać. Ten proces będzie rozłożony na wiele lat.

GJ: Czy w takim razie z polskiego krajobrazu nie znikną konie?
MB: O to się nie ma co martwić! Polacy mają wielki sentyment do koni i doceniają je wcale nie dla ich walorów smakowych. Koni wierzchowych jest coraz więcej, rośnie także liczba koni zimnokrwistych. Te koniki można np. spotkać w hipoterapii, w gospodarstwach agroturystycznych,  w turystyce,  w szkółkach jeździeckich, a także jak ciągną kuligi czy lekkie bryczki rekreacyjne. Może koni będzie trochę mniej, ale będą znacznie bardziej zadbane.


GJ: Fakt, że teraz dużo się mówi o ekologicznej roli koni.
MB: Konie są bardzo potrzebne i przykładowo mogą pomagać w odnawianiu flory i fauny na terenach zdewastowanych. Po przeprowadzonych badaniach okazało się, że konie wypuszczone na teren pozgliszczowy i zdewastowany, bardzo szybko odnawiają florę i faunę. Kopytami "bronują" ziemię i nawożą ją. Na tych „konnych” terenach, jak na żadnych innych, bardzo szybko wraca do życia cała roślinność. Innym przykładem jest wypasanie się koni na terenach zalewowych. Utrzymują równy poziom roślinności, przycinając ją tam, gdzie nie wejdzie żadna maszyna czy kosiarka.

GJ: Wracając do problematyki rzeźni. Stwierdziłyśmy, że dość dobrym przejściowym rozwiązaniem byłoby wstrzymanie transportów koni do krajów importujących koninę (mimo, że same polskie rzeźnie niestety wciąż by funkcjonowały). Czemu to się nie udało?
MB: Okazało się to bardzo trudne, zarówno z prawnego,  jak i ekonomiczno-kulturowego  punktu widzenia. Takich zmian nie da się wprowadzić z dnia na dzień. Niestety, Włosi uparli się na transporty żywych koni. Nie dopuszczają innego rozwiązania niż ubój i przetwarzanie mięsa we Włoszech. Może chcą, aby mięso było jak najkrócej mrożone? A może chcą mieć stu procentową pewność, jakie mięso kupili… Na Targu w Skaryszewie widać było wyraźnie, że wielu kupców wybierało starannie konkretne konie. Byłam świadkiem takiej scenki: obok siebie stoją dwa konie. Oba tak samo grube, potężne. Podchodzi Włoch do jednego, maca, klepie, kręci głową niezadowolony. Podchodzi do drugiego konia i po chwili macania natychmiast kupuje zwierzę.  Okazało się, że sprawdzają w ten sposób rodzaj mięsa. Włoch kupił konia „nabitego”, czyli takiego, który był hodowany bez ruchu, przez co jego mięso jest miększe i bardziej otłuszczone. Hodowcy, którzy znają już włoski rynek, hodują konie tak, aby były maksymalnie pozbawione ruchu. Taki źrebak, który spędził całe swoje krótkie życie w ciasnym boksie, nie mogąc nawet pogalopować – to rarytas, osobny gatunek mięsa.

GJ: A co się stało z drugim koniem, z którego kupiec zrezygnował?
MB: Kupiec zorientował się, że jest to koń bardziej umięśniony, a mniej otłuszczony. Okazało się, że był to koń, uwaga… EKOLOGICZNY. Te konie i ich źrebaki puszczane na pastwiska, które widzimy z okna samochodu jadąc przez Polskę, to mniejszość. Hodują je albo amatorzy, albo ludzie nie znający rynku, albo właśnie producenci koni „ekologicznych”. Jest taka grupa włoskich miłośników koniny, którzy są „wrażliwi” na dobro zwierząt i życzą sobie, by konina pochodziła od koni wypasanych na łąkach. I w ten sposób Polacy niechlubnie sprostali wszelkim zapotrzebowaniom rynku włoskiego.

GJ: Pojawiają się głosy, że zakazanie hodowli koni na mięso to niszczenie polskiej tradycji.
MB: Jakiej tradycji!  Koń był towarzyszem broni, przyjacielem, był – i jest! – symbolem piękna. Owszem, mieliśmy w niedalekiej przeszłości wątek jedzenia koniny. W PRL-u brakowało mięsa i wtedy Polacy po raz pierwszy zaczęli jeść koninę w dużych ilościach. Była nazywana „mięsem dla ubogich”. Gdy upadł komunizm, bardzo szybko przestaliśmy jeść konie i większość ludzi zapomniała o tym wstydliwym incydencie.

GJ: Mam szczerą nadzieję, że kiedyś będziemy mogli o temacie koni rzeźnych naprawdę zapomnieć. Bo ani nie będziemy jeść koniny, ani nie będziemy hodować koni na mięso. Na koniec mam pytanie, bardzo ważne. Co może zrobić czytelniczka KonnejCafe, aby pomóc takim koniom?
MB: Wciąż trzeba zbierać podpisy pod petycją w sprawie zakazu wywozu koni na rzeź. Co roku wpływają do nas tysiące nowych podpisów. Nawet jeśli podpisujący petycję jest niepełnoletni, nie szkodzi. Młodzi ludzie, podpisując petycje, dowiadują się o tym problemie, nabierają świadomości,  że zwierzętom dzieje się krzywda. Mam nadzieję, że jeśli nam nie uda się dla dobra zwierząt zrobić wszystkiego, to następne pokolenie przejmie pałeczkę.
    Potrzebna jest także pomoc w stajniach, gdzie stoją uratowane konie, a także uczestniczenie w akcjach, na przykład w takich, jak  czwartkowy marsz pod Sejm.
    Świetny pomysł, szczególnie dobry w przypadku młodych miłośniczek koni, to organizowanie własnych akcji. Tutaj mam trzy przykłady z życia. Jedna znajoma jest bardzo aktywną działaczką. Pojechała na zawody, rozdawała ulotki, rozmawiała z ludźmi, opowiadała o sytuacji polskich koni jadących na rzeź. Zainteresowała tematem mnóstwo dzieci i nastolatków. Głównie dlatego, że sama ma trzynaście lat!     Inne dwie dziewczyny, jeszcze młodsze, zorganizowały w szkole sklepik z rękodziełem. Sprzedawały figurki ulepione z gliny i modeliny, pocztówki, rysunki, a całym zyskiem wsparły schronisko dla koni. Ważne jest też to, że przy okazji wiele osób dowiedziało się o tym schronisku. Trzeci pomysł został zrealizowany na dużą skalę. Cała szkoła zorganizowała festyn. Dzieci występowały śpiewając piosenki o zwierzętach, były liczne loterie, aukcje, sklepiki. Za zebrane pieniądze szkoła wykupiła jedną z klaczy, która miała jechać na rzeź.
    Tak więc z całego serca zachęcam miłośniczki zwierząt do kreatywności i pomocy koniom! Naprawdę KAŻDY MOŻE POMÓC.


Wywiad przeprowadzono 24 kwietnia 2012 roku, na dwa dni przed Przemarszem pod sejm, zorganizowanym przez fundację Viva!. Walka o dobro naszych koni rozpoczęła się dwadzieścia lat temu. Przed nami jeszcze wiele lat zmagań z polskim prawem. Choć wizja zakazu lub ograniczenia rzezi koni jest coraz bliższa, nie łudźmy się - to wciąż daleko. Dlatego tak ważne jest, by wciąż poruszać temat dobrostanu koni.

napisz komentarz:
Chat-box wyłączony
na czas nieokreślony.
Logowanie:

- e-mail jako login
- hasło
Zaloguj
Pomiń   Zapomniałem/am hasła!

Zapisz się (załóż konto w Tarace)